-
Postów
2 223 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Vulc
-
Emocji z pewnością nie brakowało, dla człowieka wychowanego na relacjach z TdF, Giro, Vuelty, dziesiątek klasyków, mistrzostw świata i tak dalej, to jeden z życiowych celów i cieszę się, że udało się w końcu go zrealizować. Fotki od Prato robiłem na podjeździe, po prostu wyjmując telefon i robiąc zdjęcia jedną ręką. Zaczynałem ten dzień od zjazdu, a że wszystko się trochę opóźniło, nie było czasu na zatrzymywanie się pędząc w dół. Fotki z Gavii i Stelvio od Bormio robione głównie na zjeździe już po pokonaniu podjazdów. Choć chyba kilka też jest "z ręki" podczas wspinaczki. Generalnie wszystkie przełęcze zrobiłem bez postoju, choć najbardziej zależało mi na Stelvio od Prato. Ot, taki mały, prywatny challenge.
-
Chodziło chyba o przeciwników, nie naszą postać. Nas nie ranią, przeciwników ranią, ale przede wszystkim chwilowo unieruchamiają.
-
U mnie zero problemów od strony technicznej. Jestem w Hucie obecnie, kapitalny design lokacji. Wszystko skoncentrowane wokół dwóch hubów i powoli czyści się pomieszczenia. Udało się ustrzelić Młotem 4 typa na raz i wpadło osiągnięcie. Na 3 poziomie konkretny power ma ta giwera. Dostałem drugi handgun, ale mówiąc szczerze w porównaniu z podstawym pistolem wypada słabo. W grze gdzie amunicji nie ma w nadmiarze, a przeciwnicy nie należą do szczególnie szybkich i ruchliwych, walnie full auto IMO mija się z celem. Jak na razie kawał dobrego kodu. Swoją drogą nawet nie zauważyłem, że nie ma tu żadnego poziomu trudności i trzeba grać na takim, jaki proponują twórcy. A jest, jak na razie, całkiem nieźle zbalansowany. Zdecydowanie nie za łatwo, ale też nie za trudno. Można trochę poexploitować przy safe housach z infinite ammo do miotacza jak ktoś chce oszczędzić ammo.
-
Weapons (Zniknięcia) 2025. Dla odmiany w kinie, bo było blisko. Całkiem niezły horror z równie dobrą obsadą. Gdyby nie marnej jakości, kompletnie niepotrzebne screamery (bodajże dwa), jest tutaj wszystko co potrzeba - napięcie, akcja z perspektywy kilku postaci, intryga.
-
Alpy, Alpy i po Alpach. Zapraszam na krótką relację. Lombardia. Obok Południowego Tyrolu, stolica włoskiego kolarstwa. Region słynący ze spektakularnych widoków i nie mniej spektakularnych podjazdów. Mekka nie tylko rowerzystów, ale i motocyklistów, którzy wspólnie - dziesiątkami, setkami, tysiącami - codziennie przemierzają alpejskie przełęcze. My zainstalowaliśmy się w Bormio, mieście będącym bramą do legendarnych wspinaczek, które jak do tej pory mogłem śledzić tylko na ekranie TV. Długo można chwalić sam region i jego walory, ale pomijając dwa dni na zwiedzanie z partnerką, moim celem były właśnie słynne podjazdy. Dojazd do Bormio zajął nam dwa dni (1 nocleg), ponieważ nawet dla dwóch kierowców, 13-14h za kółkiem to jednak trochę za dużo. Zwłaszcza że sporo odcinków obfituje w ograniczenia prędkości do 30-40 km/h. Nie jest to jednak problemem, bo dzięki temu dłużej można podziwiać fantastyczne, górskie krajobrazy. A tych na trasie, wiodącej przez Niemcy, Austrię i Włochy, z pewnością nie brakuje. Można też zahaczyć o Szwajcarię, ale ze względu na opłaty drogowe, postanowiliśmy trzymać się włoskiej strony. Gdyby ktoś się wybierał, asfalty są znakomite a trasa niespecjalnie skomplikowana, mimo licznych remontów. Udało się nam dotrzeć koło godziny 17.00, więc po zameldowaniu w hotelu pozostało już niewiele czasu. Zrobiłem krótką jazdę "aklimatyzacyjną", pizza na kolację (a jakże) i do spania. Dzień pierwszy. Stelvio Pass od Bormio. Początek z grubej rury, nie mogło być inaczej. Podjazd pod słynną przełęcz Stelvio, od tzw. "łatwiejszej" strony, co w tym regionie oznacza ponad 20-kilometrową wspinaczkę ze średnią 7.4%. Przy czym średnie te są w Alpach niezwykle mylące, bo mniej strome fragmenty są błyskawicznie korygowane przez fragmenty 10-procentowe, które w połączeniu z wysokością przekraczającą 2000 metrów, czynią całość niezwykle wymagającą. Przede wszystkim jednak długość podjazdu, niekończące się serpentyny i proste, ścianki 12%, to człowieka nienawykłego do takich warunków potrafi przytłoczyć. Na szczęście budzi to też ogromną pokorę. Tutaj, prócz nielicznych "prosów", nikt się nie napala, nie ciśnie. Respekt do wyzwania widać u każdego, nawet osób wspinających się na elektrykach. Wyprzedzanie lub bycie wyprzedzanym, to jak "starcie" dwóch tirów na autostradzie, gdzie wyprzedzający jedzie ledwie kilka kilometrów szybciej. Czasem dochodzi się osoby, które nas wyprzedziły, czasem jest się doganianym. Każdy w swoim tempie mierzy się z tą górą. Nie byłem gotowy na taki podjazd, nie oszukujmy się. A i tak udało się go ukończyć w relatywnie dobrym czasie, mieszcząc się w 2h15min. Doliczając do tego zjazd, zajmujący nie mniej niż 45 minut, po ponad 3h miałem serdecznie dość roweru na ten dzień. Sam podjazd absolutnie przepiękny. Można go oglądać dziesiątki razy na zdjęciach, a i tak wrażenia "na żywo" to całkiem inny poziom doznań. Dzień drugi. Początkowo planowałem zaatakować Stelvio z drugiej strony, ale podjazd od Bormio dał mi trochę do myślenia. Postanowiłem wybrać więc teoretycznie łatwiejsze wyzwanie, czyli Gavia Pass. Jak się okazuje, łatwiej nie było prawie w ogóle. Głównie ze względu na 4 dodatkowe kilometry, które trzeba pokonać. Ponownie, średnie nachylenie jest mocno mylące i choć faktycznie nie są to takie stromizny, jakich doznałem dzień wcześniej, po dotarciu na szczyt byłem mocno wymęczony. Jest tutaj o wiele mniej serpentyn, stąd na najgorszym, 8-kilometrowym fragmencie, walczy się regularnie ze stałym, 9-10 procentowym nachyleniem, a miejsca 6-7 procentowe pieszczotliwie nazywa "strefą odpoczynku". Wspinaczka na Stelvio dała mi się we znaki, więc ostatecznie przekroczyłem 2h15min, jadąc za to dużo szybciej, bo niemal 12km/h. Widoki ponownie kosmicznie, zwłaszcza potężne wypłaszczenie blisko szczytu z malowniczym jeziorem na czele. Dzień trzeci. Wolny, ze względu na pogorszenie pogody. Postanowiliśmy wjechać na Gavię samochodem. Trasa na górę malownicza, widowiskowa. Mieliśmy zamiar zjechać na drugą stronę, ale Alpy dały o sobie znać. Dosłownie w ciągu 5 minut rozpętało się śnieżne piekło, temperatura z 10 stopni spadła do zera. W ostatnim momencie udało nam się zjechać tą samą drogą. Dzień czwarty. Wielki finał, wisienka na torcie. Legendarny podjazd na Stelvio od strony Prato - 48 zakrętów, 1850 metrów przewyższenia na niecałych 25 kilometrach. Dobrym pomysłem było zostawienie sobie go na koniec i zrobienie wolnego dnia wcześniej, bo skali trudności tej "drogi rozpaczy" na pewno nigdy nie zapomnę. Niemal 2h46min pod górę, po niekończących się zakrętach. Gdzieś tak od 8 kilometra nachylenie nie spadające poniżej 7%, z ostatnimi 8 kilometrami gdzie nie spada poniżej 8-9%. Nie ma tutaj miejsca na odpoczynek, odetchnięcie, jest tylko wzrok wbity w asfalt i walka z samym sobą. To widać też praktycznie po każdym kto porywa się na ten szczyt - pustka w oczach, widziana nawet przez okulary, wzrok skierowany w dół lub gdzieś w dal, jakby człowiek był w innym miejscu, innym czasie. Podjąłem wyzwanie wspinaczki "od strzała", bez schodzenia z roweru, i... udało się. Na górze byłem wyjechany totalnie, tak godzinę przed szczytem siadł mi żołądek, który jest najwyraźniej moim najsłabszym ogniwem. Dziękowałem też wielokrotnie sam sobie za zrobienie researchu, zmianę przerzutki i kasety na 11-32. Inaczej bym prawdopodobnie tam nie wjechał, zwłaszcza na korbie 52-36. Mogę śmiało powiedzieć, że ten podjazd uwidocznił wszystkie moje ograniczenia i niedociągnięcia, związane z wiekiem, kondycją, sprzętem, taktyką żywieniową. Cieszyłem się, że dzień rozpocząłem od zjazdu z przełęczy do Prato, na start podjazdu. Nie wiem czy dałbym radę zrobić to bezpiecznie w odwrotnej kolejności. Na tym zakończył się pobyt w Alpach. Kolejnego dnia już wracaliśmy, choć planowałem wstępnie zrobienie jeszcze jednej przełęczy - Mortirolo Pass, jednego z najcięższych podjazdów we Włoszech i na trasach wielkich tourów. Wymagałoby to jednak przedłużenia pobytu, co z różnych przyczyn nie było możliwe. Zwłaszcza, że i tak musiałem zmieniać raz termin, aby trafić w okienko pogodowe. Nie ma jednak czego żałować, na tym obszarze jest tak dużo przepięknych przełęczy, że miesiąca by zabrakło aby je wszystkie wjechać z obu stron. Od siebie mogę tylko polecić ten region i same wspinaczki. Myślę, że każdy kto interesuje się kolarstwem, śledzi zawody czy nawet sam bierze w nich udział, lub zwyczajnie chciałby się sprawdzić, powinien choć raz w życiu wybrać się na taki trip. Niesamowicie poszerza perspektywę i - co można uczciwie napisać - zapada na zawsze w pamięci. Ps. W bonusie fotka miejscowej fauny, której nie zobaczycie nigdzie indziej.
-
Jak zauważyli ludzie w komentarzach na YT, 85 FPS w 1080p czy 70 w 4K na 5090, to jest zwyczajny kryminał, a i tak gra ma 200k peak na Steamie. Miejmy nadzieję, że poszły grube refundy, bo inaczej śmiać się chce patrząc na te liczby w kontekście "remember, no preorders". I później taki przekaz idzie do wydawców, możesz wypuścić kasztana, a i tak ludzie kupią. I jeszcze napiszą, że jest super, bo "u mnie leci ponad 100 klatek w MFG". Szalone czasy.
-
Seria jest okrutnym, odgrzewanym kotletem. Humor, tony broni, zakręcony świat, to wszystko już było 3 razy + dodatki. Jak ktoś lubi ten schemat, pewnie coś z najnowszej odsłony wyciągnie. Mnie już dwójka psychicznie wymęczyła, wątpię żebym kiedykolwiek do tych gier wrócił.
-
Też mi się to wydaje nieprawdopodobne, żeby kasy było jak lodu, nawet na późniejszym etapie. Chyba, że później wypada znacznie więcej waluty.
-
Oczywiście, że prawda. Napisałeś żeby "zawsze kupować ammo w bazie", czyli od samego początku gry. Co jest ogromnym marnotrawstwem waluty, której właśnie na początku jest mało a ammo jest stosunkowo drogie. Zdecydowanie nie powinno się tego robić w pierwszych etapach, aż do momentu w którym kasy jest za dużo i nie ma co ulepszać. A do tego długa droga. Upgrejdy mają priorytet, zwłaszcza moc ataku. Ja bym dał najpierw obrażenia (co oczywiste), ale później magazynek. Miejsca w ekwipunku jest mało, więc działa on jak taki dodatkowy slot, bo więcej można nosić w broni. Stabilność i szybkość przeładowania są w zasadzie zbędne.
-
Kupowanie ammo to strata waluty, jeśli naprawdę nie jedzie się na limicie czy wręcz nie ma czym strzelać. Zysk z takiej ilości ammo żaden, są to tylko stracone upgrejdy, które można by było szybciej wykupić.
-
Wszyscy wiemy, że to niekoniecznie jest zdrowe, ale w tym wypadku redukcja masy pod rolę nie jest niczym niespotykanym. Nie wiem po co dorabiać jakieś drugie dno. A że przy okazji poprawi swój stan? Tym lepiej dla niego. Rola to rola, nie ma znaczenia, że gra "samego siebie" (to chyba delikatna przesada swoją drogą), jeśli robi to dobrze. I to może być "spektakularne" dla aktora, który raczej z ambitnych kreacji nigdy nie słynął.
-
Kończy karierę rolą, która może się okazać najlepszym podczas jej trwania występem? Jak wyżej, to tylko część przygotowań, sam aktor podkreślił, że nie ma żadnych problemów zdrowotnych.
-
Żulernia z Allegro, OLX, PCLab i ITH
Vulc odpowiedział(a) na adashi temat w Dyskusje na tematy różne
No cóż, taka jest specyfika tego portalu, mamy 2025 rok, nowoczesne platformy sprzedażowe, a i tak ludzie zachowują się jak na tureckim targu. Trafiają się też regularnie konkretni zawodnicy, gdzie załatwia się wszystko w 2 minuty. -
Powiem Ci, że skutecznie mnie zniechęcasz, jeśli to jest miejscami tanizna pokroju DS2. Balans w tego typu grach jest bardzo ważny, bo o ile w Soulsach jeszcze idzie jakoś pokombinować czy przyfarmić, tutaj jest tylko pure skill, który zbyt często zahacza o frustrację. Ja na szczęście nie mam pokusy odpalania tego, bo jeszcze nie skończyłem jedynki. Tam zrobiłem 5-6 dużych lokacji zanim mnie całość znużyłavi były trudne momenty, ale nic z rzeczy które opisujesz.
-
Nie ma się co czarować, to coś z Painkillerem dzieli tylko tytuł. A nawet pomijając to, gra prezentuje się wyjątkowo mało oryginalnie i nie zachęca do bliższego kontaktu.
-
Dwójka też miała swoje momenty i ogólnie jako gra IMO niewiele ustępowała miejscami jedynce. Trójka to już niestety bubel. Ogólnie seria nigdy nie była mocno horrorowa, raczej mało subtelnie jego elementy wprowadzała do rozgrywki. Cronos ma świetną atmosferę, ale też pod względem tych elementów jest mocno przewidywalny jak na razie. Choćby stacja metra i rozmieszczenie przeciwników na "powrocie". Panie, takich ilości to ja na razie nie przewiduję, możesz się śmiało podzielić.
-
Chyba każdy liczył, podstawka była przecież dość długa. Szkoda, że nie poświęcono większej ilości czasu i środków na ten dodatek, wygląda na robiony tak trochę po linii najmniejszego oporu, nawet jeśli sam w sobie jest niezły.
-
Tym bardziej utwierdzasz mnie w przekonaniu, że warto poczekać aż cena spadnie to 30-40 zł, mimo tego że chętnie bym ograł.
-
Dotarłem do Huty. Jak na razie jest nieźle, survival horror pełną gębą, trzeba mocno oszczędzać ammo i zapasy. Udało mi się już trochę zachomikować, pistol i shotgun ulepszone na 2 poziom. Do tego miotacz na 2 ładunki, mega się przydaje w kryzysowych sytuacjach. Fabuła dość intrygująca, ciekawe czy planowane jest jakieś wyjaśnienie, choć sporo można też wyczytać między wierszami. Lokacje prima sort. Podoba mi się system upgrejdowania się przeciwników, skutecznie zniechęca do omijania ich bez walki, jeśli ktoś nie chce mieć później mini bossów w lokacji, wściekle za tobą latających. Przydałoby się większe urozmaicenie w ich przypadku, ale nie jestem jeszcze aż tak daleko.
-
Żulernia z Allegro, OLX, PCLab i ITH
Vulc odpowiedział(a) na adashi temat w Dyskusje na tematy różne
No, ale nie trzymaj w niepewności i powiedz jaka dasz cene ? -
Tak, dodatkowo czas spędzony w grze to też pewnie większa szansa na zakup jakichś dodatków/pierdół. A koszt dodania osiągnięć praktycznie żaden.
-
Dobrze, na to liczę. Liczę też, że pod względem survivalu również będzie "gęsto".
-
Nie niż jest spoko, ale bez zachwytów, od strony czysto technicznej. Na ocenę designu poziomie trochę za wcześnie, ale na razie wygląda to obiecująco.
-
Ja też mam wywalone, ale jednak przez lata się przyzwyczaiłem do nich i w produkcjach, które naprawdę mi siadły, lubię sobie strzelić kilka trofików. Platyna? Nieee, raczej konkretne osiągnięcie. Przykładowo w Wipeout Omega Collection "chwilę" siedziałem nad pobiciem rekordu na jednej z map, co wymaga ultra idealnego okrążenia z każdym zaliczonym boostem. Z marketingowego punktu widzenia dodanie acziwów to był strzał w dziesiątkę.
-
Zrobiłem 2h, klimat gęsty jak śmietana, na razie czuć też, że to survival horror pełną gębą, gra nie rozpieszcza amunicją i ogólnie przedmiotami. Graficznie bez szału. Zapowiada się na dobry "klon" Dead Space.
