Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

ZEZWALAM NA PUBLIKACJĘ TEGO TEKSTU I ZDJĘCIA, GDZIEKOLWIEK SIĘ DA.

"ND" to miejscowość Nowogard.

 

Witam. Nazywam się Mateusz Surma. Mam 38 lat i moja matka Karina Surma leczyła mnie na schizofrenię, której nigdy nie miałem już w wieku 5 lat, a później na każdym etapie mojej edukacji (podstawówka, gimnazjum, liceum), co m.in. finalnie zaprowadziło mnie do próby samobójczej zakończonej śpiączką w szpitalu a także torturowaniem mnie w szpitalu psychiatrycznym w Gryficach. Oto moja historia:

 

W grudniu zeszłego roku moja matka Karina Surma zeznała na komendzie w Nowogardzie, że ją biję, wyobraźcie sobie, aż od 14 lat, i że jeszcze porysowałem jej samochód, a także regularnie demoluję dom (tego dowiedziałem się na komisariacie). Byłem złożyć zeznania w tej sprawie i oczywiście zaprzeczyłem tym zarzutom.

 

Czy ktoś w to wierzy, że biłem dyrektora Liceum nr. 1 w Nowogardzie przez 14 lat i dopiero teraz poszła na policję (no i czemu jej samochód nie jest porysowany a dom niezniszczony)? Czy wcześniej, przez te wszystkie lata nie wiedziała gdzie jest komenda? A mieszkamy 200m od niej. Oczywiście zostałem pomówiony przez Karinę Surma. A że moja matka zna wielu policjantów na komisariacie (bo np. pracowali u niej w szkole albo są jej byłymi uczniami), to nie wiadomo, co dokładnie mogła się tam nakłamać na mój temat.

 

Wszyscy wiecie, że chorowałem przez wiele lat na schizofrenię. Jest to nieprawdą, ponieważ teraz, kiedy mój stan jest dużo lepszy i nie przyjmuję absolutnie żadnych leków od 2 lat sporo się naczytałem nt. chorób psychicznych i wygląda na to, że nie miałem schizofrenii, tylko dwubiegunowość, w której tzw. okres manii jest podobny do schizofrenii w taki sposób, że występują w nim problemy z myśleniem i podejmowaniem właściwych decyzji (miałem też inne symptomy wskazujące na dwubiegunowość a nie schizofrenię). Tak więc, zostałem oszukany również przez najbliższych i służbę zdrowia. Kiedy po pierwszym pobycie w szpitalu (listopad 2015) pojechałem na wizytę do mojego lekarza Tomasza Matławskiego w Goleniowie (moja matka chodziła z jego żoną na studia, więc są bardzo starymi znajomymi), to powiedział mi on, że ordynatorka (była moim lekarzem prowadzącym) napisała na wypisie, że mam schizofrenię, tylko dlatego, bo wtedy leczenie jest darmowe (!!!). A kiedy w ogóle pierwszy raz byłem u niego w życiu (wakacje 2012 z matką), to powiedział, że moje choroby (więc jest ich więcej) się zazębiają, nie nazwał ich schizofrenią, ale nie powiedział też dokładnie co mi jest (czemu to przede mną ukrywał?). Czyli po prostu przypięto mi łatkę schizofrenika, żeby matka mogła mnie bez problemu wywozić do Gryfic, kiedy tylko się jej podoba i ogólnie, żeby można było ze mną robić, co się chce. Ja sam mam przekonanie graniczące z pewnością, że choruję na autyzm (na dwubiegunowość już nie od ponad 2 lat), a jak wiadomo autyzm to spektrum wielu chorób (dlatego powiedział, że moje choroby się zazębiają). Ogólnie jestem taki, że nic mi się nie podoba - góry, lasy, morze, kwiaty czy zachody słońca (te rzeczy są dla mnie nijakie, nie mają wyrazu, jakbym patrzał się na pustą ścianę), a także chronicznie brakuje mi energii, i każdy, kto mnie zna powie, że jestem raczej zamulony i powolny. Dodatkowo, raczej trudno się ze mną rozmawia. Nie fajnie, przyjemnie czy luźno, jak ze zdrową osobą - miałem w życiu przez to tylko kilkoro przyjaciół. Nie wiem czy w to uwierzycie ale jeszcze do stosunkowo niedawna nie potrafiłem rozróżnić kozy od owcy (śmieszne, wiem, ale aż taką mam pochorowaną, autystyczną percepcję), a do dzisiaj nie rozróżniam kota od kotki (z psami jest trochę łatwiej ale też mam z nimi duże problemy). Czy nie przypomina wam to właśnie autyzmu? Choruję na toksoplazmozę wrodzoną, czyli zachorowałem, kiedy moja matka była ze mną w ciąży. Ta choroba może spowodować autyzm. Jak wiadomo toksoplazmoza, to pasożytnicza choroba mózgu. Są to małe robaczki, które po prostu pożerały mi mózg zanim jeszcze się urodziłem. Pytałem się ojca, czy matka w ciąży bawiła się z bezpańskimi kotami (których pełno na wsi w Osinie), ktore właśnie przenoszą toksoplazmozę. Kiwnął tylko głową, że tak. Jak widzicie - zaraziła mnie tym, zniszczyła mi całe życie, a teraz jeszcze chce mnie zamknąć (o tym trochę niżej).

 

Powtarzam: od dwóch lat nie przyjmuję żadnych leków i zastanówcie się, czy mógłbym napisać ten tekst "z ładem i składem" chorując na bardzo ciężką chorobę, którą byłaby nieleczona 2 lata schizofrenia?

 

Przez ostatnie 11 lat matka wielokrotnie wzywała do mnie policję i ratowników medycznych, którzy zabierali mnie do szpitala psychiatrycznego w Gryficach. Śpiewka zawsze wyglądała tak samo: "awanturowałem się" i dlatego ich wezwała. ZA KAŻDYM RAZEM BYŁO TO KŁAMSTWO I POMÓWIENIE! Ci którzy mnie znają wiedzą, że jestem spokojną osobą, ugodową, wręcz troche zamuloną (np. niech któryś z moich kolegów zastanowi się kiedy się z nim ostatni raz kłóciłem. Odpowiedź brzmi: nigdy, bo nie jestem kłótliwy). I ZAWSZE, kiedy przyjeżdżało po mnie pogotowie, to albo siedziałem przed komputerem, często po prostu oglądając coś, albo na nim grając (spędzam całe dnie przed komputerem od wielu, wielu lat, bo to bardzo lubię, jak to bywa właśnie w autyźmie) albo spałem (cierpię na bezsenność, dlatego często odsypiam w dzień). Kilkukrotnie zdarzyło się, że wezwany policjant czy ratownik mnie budził, więc kiedy niby robiłem te wszytkie "awantury"? Spiąc? I założę się o dobrą flaszkę, że w protokołach policyjnych jest nakłamane, że jednak te awantury robiłem, bo moja matka zna wielu policjantów w ND, i poza tym, jak to mówią, "papier przyjmie wszystko". Poza tym, z tego co wiem, matka nie była nigdy na żadnej obdukcji, więc gdzie te ślady i dowody wielokrotnych pobić, mamusiu? Przysięgam, nigdy, przenigdy nie tknąłem jej nawet małym palcem lewej ręki.

 

Ostatnio dzwoniłem do mojego starego kolegi Wiktor Bąk, który przecież jest nauczycielem historii u mojej matki w szkole i powiedziałem mu o sprawie. Zapytałem, czy kiedyś widział w pracy jakiegoś siniaka u mojej matki, albo czy wpominała o jakichś rzekomych pobiciach i awanturach, które niby wszczynałem. Odpowiedział, że nie.

 

Zmierzając do sedna sprawy, to dostałem dzisiaj list z sądu, że mam wyznaczony termin rozprawy o przyjęcie mnie do DPS i potrzebuję pomocy jak się z tego wykaraskać. Proszę Wiktor Bąk, Wojtek Gumiela o udostępnienie. Czy wystarczyłoby, gdybym się od matki wyprowadził, np. do babci, która mnie przyjmie? Co mogę zrobić? Czy ktoś może mi coś doradzić? Nie stać mnie na prawnika, a wszyscy wiemy jaki będzie prawnik z urzędu, który będzie mnie bronił.

 

A teraz kilka ciekawostek z mojego życia:


1. Na początku listopada zeszłego roku matka ukradła mi ok. 5k zł z mojego portfela (większość moich oszczędności). Od kilku lat otrzymuję zasiłek stały i odkłądam kilkaset złotych miesięcznie, więc miałem te pieniądze. Byłem w tej sprawie u nas na komisariacie i nie chciano przyjąć zgłoszenia. Dopiero, kiedy przyszedłem drugi raz, to sprawę przyjęto ale i tak ją umożono. Ciekawe, prawda? A tymczasem pieniędzy nie odzyskałem do dzisiaj.

 

2. Od pewnego czasu zacząłem nagrywać telefonem te wizyty pogotowia u mnie, całą wywózkę do szpitala i rozmowę na izbie przyjęć, cały czas przy tym spokojnie sie zachowując i normalnie rozmawiając z policjantem, ratownikiem czy lekarzem. W szpitalu zabierano mi telefon i kasowano wszystkie nagrania. Po prostu przywracali mój telefon do ustawień fabrycznych, co usuwa wszystkie dane. Ciekawe czemu? Czyżby przyjmowali mnie do szpitala niesłusznie, bezprawnie i miałbym na to dowody? Na pewno się domyślacie, jaka jest odpowiedź. Chętnie teraz wrzuciłbym wam jakis klip z izby przyjęć, gdybym tylko go miał.

 

3. W marcu tego roku dzwoniłem do ojca, żeby wypytać się o ten autyzm i rentę, którą prawdopodbnie mam od bardzo wielu lat, i kto ją pobiera. Zapytałem się go, czy pobierał moją rentę, kiedy jeszcze byli z moją matka małżeństwem (i tym samym mnie okradał). Ojciec się wkurzył i powiedział mi, że to matka ma prawa do mojej renty i to ONA ją pobiera (a nie on). A więc, prawdopodbnie, moja matka na dodatek okrada mnie z renty od wielu lat, być może od urodzenia (to nazbierała się już ładna sumka). Już w wieku 5 lat jeździłem okresowo na jakieś badania do Szczecina, gdzie dawano mi zabawki i po prostu kazano się nimi bawić. Pamiętam, że obserwowali mnie wtedy jacyś ludzie. Mieszkałem wtedy przez ok. 2 tygodnie u mojej ciotki w Szczecinie (siostry ojca), która mnie na te badania prowadzała. Co jakiś czas też, niezbyt często, na kawalerkę w Osinie, w której wtedy mieszkaliśmy przychodziły jakieś obce osoby, kobieta z mężczyzną. Pamiętam, że też mnie obserwowali i rozmawiali ze sobą po niemiecku (żebym nie rozumiał o czym). Czy były to jakieś badania ZUSu potrzebne do renty? Dokładnie nie wiem, ponieważ nigdy mi nie powiedziano, po co tam jeździłem i co to były za osoby. A pytałem...

 

4. Przez pierwsze półrocze 2015 pracowałem u mojego znajomego. Nie leczyłem się w tym czasie i nie brałem żadnych tabletek na cokolwiek. Wiecie co mój były pracodawca powiedział mi kilka lat później? Ze kiedy u niego pracowałem byłem normalny, po prostu trochę głupi (niby jak mając autyzm mam być mądry?). Że kiedy trafiłem pierwszy raz do szpitala w 2015, to właśnie tam zrobiono ze mnie wariata. I dokładnie tak było. Przed pierwszym pobytem w szpitalu nie brałem żadnych tabletek przez rok i nawet pracowałem (ciekawe gdzie podziewała się wtedy moja rzekoma schizofrenia?). Po pobycie wszystko się zmieniło. Nie mogłem już poprawnie funkcjonować bez tabletek. Co tam ze mną zrobiono? Dokładnie nie wiem. Pod koniec pobytu pacjent z drugiego łóżka powiedział mi, że podczas snu bardzo się telepotałem, że aż go to obudziło i chciał iść po pielęgniarkę, bo wyglądało to źle. Pamiętam ten dzień. Dostałem poprzedniego wieczoru jakąś inną tabletkę niż zwykle. Na drugi dzień kiedy się obudziłem, nie byłem już sobą. Co mi podano poprzedniego wieczoru? Na pewno nic dobrego, ale "obudziło" to moją dwubiegunowość i przy okazji jeszcze bardziej zorało mi mózg. Po tej fantastycznej terapii w Gryficach czekały mnie już tylko tysiące tabletek psychotropowych i setki zastrzyków, żeby wrócić do siebie. Czy zrobiono mi to specjalnie, czy może leczyli mnie imbecyle? Myślę, że obie odpowiedzi są prawdziwe. Czy otruto mnie tam tej nocy? Skoro wyszedłem w dużo gorszym stanie niż przyjęto mnie tam, to jak sądzicie, jaka jest odpowiedź? Kto mnie tam wysłał i zafundował mi to cudowne leczenie? Moja kochana maminka. Pamietam, że na długo przed pierwszym pobytem w szpitalu ojciec powiedział mi, że matka chce mnie zamknąć. Powiedział tylko tyle: że matka chce mnie zamknąć i nie rozwinał dalej tej wypowiedzi. Wtedy mu nie uwierzyłem i na moje nieszczęście olałem ten temat... Dzisiaj, po ok. 15 pobytach (łącznie ok. 5 lat na oddziale zamkniętym) i 11 latach tej cudownej gryfickiej kuracji niestety jestem cieniem samego siebie i jestem w gorszym stanie niż przed pierwszym pobytem w 2015. Pomimo tego, że myślę logicznie i poprawnie, to nie występują już we mnie żadne uczucia i emocje (wyżarły je psychotropy). Nie biorę leków już od dwóch lat, a dalej dosłownie nic nie czuję, nie ma siły na nic (od lat tylko leżę w łóżku) i zwykłe, codzienne czynności są dla mnie wyzwaniem.

 

5. W czerwcu zeszłego roku matka niespodziewanie przyszła do mnie do pokoju z moim lakarzem Tomaszem Matławskim. Kiedy tylko ich zobaczyłem, to już wiedziałem, co się święci (czytaj: za chwilę będzie pogotowie). Od razu zacząłem się pakować do plecaka i w dosłownie 2 minuty byłem już poza domem i pieszo poszedłem na nasze BUSy (oczywiście mijając karetkę po drodze). Pojechałem sobie na dłuższy weekend do Szczecina. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wyjechałem z ND w czwartek, a wróciłem we wtorek. Mieszkałem przez te kilka dni u bardzo miłej pani (noclegi Rafaele - polecam). Co zrobiła moja matka? Poszła na komisariat w ND, i zgłosiła moje zaginięcie. Bodajrze w piątek, w Rafaele, odwiedziło mnie dwóch wyższych rangą funkcjonariuszy policji (tacy trochę przed pięćdziesiątką) z którejś komendy w Szczecinie (nie pamiętam już z której, ale chyba głównej). Powiedzieli, że namierzyli mnie po moim smartfonie. Po 20 minutowej rozmowie ze mną panowie stwierdzili, że jestem "świadomy", "normalny" i musiałem tylko odręcznie napisać oświadczenie, że nie chcę, żeby informowano moją matkę, gdzie przebywam (jestem w końcu dorosły i nie musi wiedzieć). Przeprosili mnie i powiedzieli, że więcej nie będą mnie niepokoić. We wtorek wróciłem do ND i oczywiście matka wezwała nowogardzką policję i pogotowie. Stwierdzili, że mam atak schizofrenii i zabrali do Gryfic, gdzie spędziłem kolejne 3 miesiące. Rozumiecie? Dwóch wyższych rangą funkcjonariuszy (przed pięćdziesiątką i nie ubrani w mundury) w Szczecinie stwierdziło, że jestem "normalny" i "świadomy" (co przecież jest do sprawdzenia, bo na pewno jest z tego spotkania jakiś protokół na komendzie w Szczecinie), natomiast ledwo kilka dni później moja maminka, nasi ukochani funkcjonariusze i pogotowie z ND stwierdzili mi atak schizofreni i wywieźli do Gryfic. Magia kina, jak to mówią.

 

6. Przez ostatnie kilka pobytów w Gryficach głównym warunkiem wypisu (na pytania o wypis przy każdym obchodzie informował mnie o tym sam ordynator) była poprawa relacji z matką. Na moje pytanie o to, co to za nowy zespół chorobowy "stosunki z matką" i jak się to leczy ordynator zamknął się i wyszedł z mojej sali. Na pewno już rozumiecie... Przez ostatnie 2 lata spędziłem długie miesiące w Gryficach, tylko dlatego, że nie dogaduję się z moją kochaną maminką (aktualnie z nią nie rozmawiam i omijam szerokim łukiem, mieszkam na parterze, a ona na piętrze i jest to możliwe). Od dłuższego czasu nie jeżdżę do Gryfic na żadną "schizofrenię" (której i tak nigdy nie miałem), a wyłącznie dlatego, że moja matka zna policjantów i pogotowie z ND i mnie tam wysyła, bo ma takie "widzimisię". Inni pacjenci w szpitalu wprost powiedzili mi, że matka może mnie wysłać do Gryfic, kiedy tylko się jej podoba, bo przecież ma na mnie "dobre" papiery (np. poprzednie wypisy, gdzie przecież jak byk napisano, że mam nieuleczalną przecież, ciężką schizofrenię). Wiedzą, bo mówili mi, że u nich też występują takie sytuacje.
Na koniec chcę przekazać, że chętnie odpowiem na wszystkie pytania w komentarzach, a także proszę wszystkich o udostępnienie. To dla mnie bardzo ważne.

 

-------------------

Opowiem wam kolejną "przeszczęśliwą" historię z mojego życia.

Już w wieku 9 lat moja kochana rodzicielka faszerowała mnie psychotropami, czyli lekami stricte na schizofrenię (której, przypomnę, nigdy nie miałem). Byłem wtedy w 3 klasie podstawówki i mieszkałem jeszcze w Osinie. Majac 9 lat Karynka zaczeła podawać mi małą łyżeczką jakieś syropki z niemałych, brązowych buteleczek. Trwało to kilka ładnych miesięcy. Rzekomo były to syropki "na kaszelek", co dzisiaj wydaje mi się dziwne, bo od zawsze mam bardzo wysoką odporność i po prostu nie przeziębiam się - np. ostatni raz przeziębiony byłem w liceum, czyli 20 lat temu. 

Dzisiaj już rozumiem, że był to jakiś lek psychotropowy, ponieważ miałem po nim dotkliwy efekt uboczny - akatyzję. Akatyzja jest takim efektem ubocznym leków psychotropowych, przy którym nie można siedzieć w miejscu, bo inaczej powoduje to silny ból psychiczny (bolesne uczucie, które pamiętam do dzisiaj). Przy akatyzji po prostu trzeba chodzic, biegać itp., bo inaczej jest praktycznie nie do wytrzymania. Skąd jestem pewien, że miałem wtedy akatyzję? Bo miałem ją również po ok. połowie leków psychotropowych, które byłem zmuszony brać przez ostatnie 15 lat i dobrze ją znam. I pomimo tego, że Karynka ładowała we mnie psychotropy codziennie już w 3 klasie podstawówki, oczywiście musiałem uczęszczać po nich do szkoły, i jak się już domyślacie, siedzieć w miejscu na wszystkich lekcjach odczuwając wtedy ten silny ból psychiczny występujący w akatyzji. Dlatego zawsze lubiłem chodzić na przerwę - bo tam mogłem biegać i czułem się wtedy o wiele lepiej.

Kiedy byłem w 3 klasie podstawówki umierał mój dziadek. Raz zabrano mnie do niego do szpitala. Nie chciałem iść, ale że u mnie w rodzinie "dzieci i ryby głosu nie miały", nie sprzeciwiłem się. Nie chciałem iść z jednego powodu, bo wiedziałem, że na pewno dostanę tam takie małe, dziecięce krzesełko, na którym każą mi siedzieć i przez akatyzję będzie to dla mnie bolesne. I oczywiście dostałem tam to krzesełko.

Jak widzicie, moja kochana maminka wysłała mnie do piekła już w 3 klasie podstawówki. Tak, psychotropy to koszmar i piekło, i nikt nie wie o tym lepiej ode mnie. Mój cudowny rodzic zaczął niszczyć mój umysł i moje ciało już w wieku 9 lat (widocznie wrodzona toksoplazmoza za mało dla niej zdewastowała mój umysł). Psychotropy dostawałem na każdym etapie edukacji, bo też w gimnazjum i liceum, i np. najprawdopodobniej przez nie jestem aż tak niski, bo zaburzają one przecież pracę mózgu, czyli również godpodarkę hormonalną hamując wyzwalnie się hormonu wzrostu. W podstawówce dostawałem psychotropy w syropkach pod przykrywką leków na kaszel, a na wyższych etapach edukacji Karynka 0dorzucała mi je po prostu po kryjomu do jedzenia. Ale o tym być może napiszę następnym razem.

-----------------------

Opowiem wam kolejne dwie krótkie historie z mojej młodości:

 

Mając 6 lat, Karynka zabierała mnie z Osiny nad jezioro w Olchowie. Nauczyła mnie w nim pływać tylko pieskiem. Na którymś kolejnym pobycie nad jeziorem wypłynąłem sobie sam tak na odległość ok. 20-30 metrów od brzegu i pamiętam, że wtedy straciłem już grunt pod nogami i, niestety, zacząłem się topić. Byłem daleko od brzegu i bezposrednio przy mnie nie było niestety nikogo. Pamiętam, że odbijałem się od dna nogami, żeby wyskoczyć na chwilę z wody i złapać powietrze. Na szczęście po naprawde kilku długich chwilach zauważył to jakiś obcy, starszy facet i wyciagnął mnie z wody. Co robiła wtedy moja parodia matki? Opalała się na brzegu. Jakim cudem jej autystyczne dziecko, które niedawno nauczyło się pływać i to tylko pieskiem znalazło się same w wodzie 20-30 metrów od brzegu? Może zapytajcie jej (hehe). Pamiętam, że całą powrotną drogę do domu moja kochana mamusia ciągnęła mnie wtedy wkurzona za ręke i szła tak szybko, że musiałem za nią co chwilę podbiegać, żeby nadąrzyć. Czyli cała złość za to wydarzenie, oczywiście, jak zwykle, spłynęła na mnie.

 

Kiedy byłem w którejś klasie w podstawówce, chyba pierwszej (nie pamiętam dokładnie, ale było to nauczanie początkowe) lekcji nie było jeszcze aż tak dużo, więc zwykle około 12-13 byłem już w domu, a oboje moi rodzice bywali wtedy jeszcze wtedy w pracy. Zawsze, kiedy wracałem, siadałem po turecku przed telewizorem na podłodze i zaczynałem oglądać bajki w TV albo z VHS. Jak wielu autystów uwielbiałem oglądać bajki, bo oglądanie ich zwiększało mi poziom dopaminy w mózgu, dzięki czemu o wiele lepiej się czułem, a także po prostu mój umysł zaczynał wtedy lepiej pracować. W autyzmie i ADHD, ktore również mam, ZAWSZE brakuje dopaminy i dlatego takie osoby jak ja spędzają dużo czasu na swoim hobby, jak oglądanie TV czy granie na PC. W dużym pokoju na podłodze przed telewizorem mieliśmy wtedy taki duży dywan i kiedy się po nim przeszło włączyć telewizor, to zostawały na nim ślady (zmieniał się wtedy trochę jego kolor od stawianych kroków). Stąd moja parodia matki wiedziała, że "znowu oglądałem bajki" i kiedy po pracy mój ojciec chodził odwiedzać swoją matkę (mieszkała bardzo blisko i często do niej chodził), to moja rodzicielka zaczynała mnie wtedy bić po głowie i karcić za oglądanie tych bajek - małego jeszcze, autystycznego chłopca. Więc nie mogłem sobie pooglądać bajek nawet kiedy nikogo nie było w domu.

 

Przez moje choroby miałem w dzieciństwie wiecznie przerąbane. Spotykała mnie ciągła, werbalna krytyka (bardzo często) i krzywe spojrzenia szczególnie ze strony mojej rodzicielki, głównie za to, że jestem po prostu dziwny (na 100% mam autyzm i ADHD, więc jaki mam być?). A byłem w młodości bardzo grzecznym dzieckiem, m.in. dlatego, że rodzice aż tak dobrze mnie sobie wytresowali, bo wychowaniem, to bym tego na pewno nie nazwał.

 

Przez autyzm, na dobrą sprawę, nie wiem dokładnie np. jak smakuje schabowy (bo w autyźmie wszystkie zmysły są otępiałe, smak też, więc mam inny, gorszy smak niż wy - zdrowi) i nie wiem nawet jak wygląda zachód słońca (jest dla mnie, jak prawie wszystko, nijaki), a teraz wisi nade mną jeszcze widmo przeprowadzki do DPS, bo moja kochana maminka pozwała mnie do sądu za rzeczy, których nawet nie zrobiłem.

 

 

---------------

Opowiem wam teraz do jakiego szpitala wysłała mnie moja parodia matki i co naprawdę robią tam pacjentom.

 

Jestem w oddziałowej palarni, przywieźli nowego pacjenta. Przyszedł zapalić. Pomiędzy nim i innym pacjentem wywiązuje się rozmowa. Nowy pacjent mówi, że siedzi, bo ma "głowę na koncie" (w sensie odbywa wyrok za morderstwo). Obaj pacjenci sobie chwilę normalnie rozmawiają. Nowy dopala swojego papierosa i idzie do siebie na łóżko, które jest na korytarzu. Tam podchodzą do niego ratownicy i spinają go w pasy - obie nogi, ręce i tułów, oczywiście pomimo tego, że cały czas normalnie, spokojnie się zachowywał. Chwilę później zaczyna zajmować się nim pielęgniarka. Podłącza mu kroplówkę i daje jakieś zastrzyki. Po kilkudziesięciu minutach pacjent zaczyna majaczyć i przykrywają go kołdrą, żeby jeszcze bardziej cierpiał. Trwa to dwa dni. Przez ten czas co kilka godzin podchodzą do niego pielęgniarki i podają kolejne zastrzyki. Przez dwa dni więzień jest cały czerwony, spocony dosłownie jak świnia i cały czas głośno majaczy. Tak właśnie w Gryficach torturują więźniów - widziałem kilka takich przypadków, z każdym działo się to samo.

 

A teraz co robiono ze mną? Za każdym razem po wejściu na oddział dostawałem lek Clopixol (zawsze), po którym po prostu przez cały pobyt (nawet aż 7 miesięcy) okropnie się czułem i działy się ze mną inne dziwne, trudne do opisania i bolesne psychicznie rzeczy. Od innych pacjentów dowiedziałem się, że jest coś takiego jak "dobry" Clopixol (czyli psychotrop) i "zły" Clopixol (czyli jakaś trucizna mająca wywołać ból psychiczny), i ja dostaję ten zły, żeby po nim po prostu cierpieć. Wiedzą, bo niektórzy z nich też go kiedyś dostawali.

 

Miałem kiedyś sąsiada bezpośrednio za płotem. Trafił ponad 20 lat temu na 4 miesiące do Gryfic. Kiedy tylko wyszedł, to się powiesił. Aż tak dobrze tam o niego zadbano, że dokonał żywota z własnej ręki. Pewnie podobnie dobrze się tam nim zajmowano, jak mną.

 

Już sami widzicie do jakiego psychiatryka wysyłała mnie moja rodzicielka i to pomimo tego, że doskonale wiedziała co będą mi tam robić (czytaj: torturować). Chyba nie myślicie, że nie była dobrze poinformowana jak będą mnie tam "leczyć"? Dokładnie wiedziała też, że wysyła mnie do miejsca, po wyjściu z którego nasz sąsiad 20 lat temu po prostu się zabił. Karynka nie wysyłała mnie tam na leczenie, tylko po prostu na tortury.

 

W każdym z moich ok. 15 pobytów w Gryficach, czyli ok. 5 latach w oddziałowych ścianach byłem w Gryficach torturowany. Przez pierwsze lata torturowano mnie najbardziej tą "złą" wersją Clopixolu i ból był nie do wytrzymania. Przez te lata moja parodia matki przyjeżdżała mnie odwiedzać dosłownie co 2 dni. Tak często, tylko dlatego, żeby napawać się widokiem mojego cierpienia. Co przyjazd patrzała się na mnie w pokoju odwiedzin z szyderczym uśmiechem na ustach i napawała sie widokiem mojego bólu i cierpienia. Pamiętam ten wyraz twarzy i przysięgam wam na moje życie i wszystko, co posiadam, że dokładnie tak było. Karina Surma, wieloletni dyrektor szkoły, "wzór do naśladowania" napawała się torturami i cierpieniem swojego autystycznego od urodzenia syna. A przypominam, że wrodzony autyzm mam przez nią, bo to ona zaraziła mnie toskoplazmozą będąc w ciąży i niszcząc tym samym mój umysł, ciało i całe moje życie.

 

Jej odwiedziny trwały nawet godzinę, dwie. Poza patrzeniem się na moją strutą, cierpiącą twarz, Karyna miała tam jeszcze jedną misję. Miała wybadać, czy przypadkiem nie działają we mnie jeszcze jakieś resztki intelektu. Kiedy ja na jej trochę dziwne, niespodziewane pytania, odpowiadałem, że np. "tak, coś tam pamiętam", to moja parodia matki mówiła mi, że jestem jeszcze "bardzo chory" i "na pewno mnie jeszcze nie wypuszczą". Karyna dzieliła się moimi zeznaniami z lekarzami-katami w Gryficach. Kiedy dowiadywali się oni, że mój umysł jeszczę odrobinę działa, to dostawałem wtedy dodatkowe zastrzyki, co tylko zwiększało moje cierpienie i bardziej niszczyło mój umysł i ciało (wszakże to były trucizny), a także przedłużano mi pobyt po to, żebym wychodząc ze szpitala był jedynie totalnie bezmózgim i bezmyślnym zombie.

 

Od pierwszego pobytu, i było tak za każdym razem, lekarze-kaci mówili mi, że odwiedzać mnie może tylko matka, ojciec i brat. Jeżeli przyjechali by mnie odwiedzić koledzy, to nie wpuszczono by ich do pokoju odwiedzin. Dlaczego? Byli by wtedy naocznymi świadkami mojego wielkiego cierpienia i tragicznego stanu - miałbym po prostu jakichś wiarygodnych świadków.

PS. Od ukończenia studiów mieszkam z moją rodzicielką. To ona przez prawie cały ten czas zajmowała się moim odżywianiem, czyli kupowaniem jedzenia i gotowaniem. Ok. 10 lat temu zaczęły mi rosnąć zęby mądrości, i finalnie wyrósł tylko jeden, a i tak musiałem go wyrwac, bo cały sie połamał. Przez te wszystkie lata po studiach, od kiedy mieszkam z matką aż tak źle mnie odźywiała, tak słabej jakości jedzenie kupowała, i aż tak bardzo byłem struty Gryfickim "leczeniem", że 3 z moich zębów mądrości nie wyszły z dziąseł - po prostu w nich zostały.
danepoporawione.png.d27f1696bbf1e8288178fa90fb87088d.png

 

od moderatora: adres został zakryty

 

 

 

Edytowane przez daerragh
  • daerragh zmienił(a) tytuł na Matka leczyła mnie od dziecka na schizofrenię, której nigdy nie miałem, co poskutkowało moją próbą samobójczą. Oto moja historia.
Opublikowano
@ODIN85 Jasne, w 5 zdaniach:

1. Autor twierdzi, że od dzieciństwa był błędnie leczony psychiatrycznie, m.in. na schizofrenię, której według niego nigdy nie miał.
2. Opisuje wieloletni konflikt z matką, oskarżając ją o pomówienia, wzywanie policji/pogotowia i doprowadzanie do kolejnych hospitalizacji.
3. Pisze, że leczenie oraz pobyty w szpitalu psychiatrycznym mocno pogorszyły jego stan i doprowadziły go m.in. do próby samobójczej.
4. Obecnie boi się skierowania do DPS i szuka sposobu, jak prawnie oraz życiowo się przed tym obronić.
5. Całość to bardzo ciężka, jednostronna relacja, przy której najlepiej byłoby szybko ogarnąć niezależną pomoc prawną i medyczną.

gpt-5.5-2026-04-23

Opublikowano

Jeżli znacie przypadkiem kogoś z Nowogardu w zachodniopomorskim, albo macie znojomych na FB z Nowogardu, to proszę opublikujcie/prześlijcie im ten tekst. Chcę, żeby moja historia się rozniosła. Dziękuję.

  • daerragh zmienił(a) tytuł na Matka leczyła mnie od dziecka na schizofrenię, której nigdy nie miałem, co poskutkowało moją próbą samobójczą. Oto moja tragiczna historia.
Opublikowano (edytowane)

@GordonLameman Tak, tez pamietam cie z PCL. Bylem tam wieloletnim forumowiczem.

 

Czy macie moze jakis pomysl, gdzie moglbym to jeszcze opublikowac, zeby sprawa sie "rozniosla"? Chce to rozdmuchac, moze ktos wtedy mi pomoze.

Edytowane przez daerragh
Opublikowano

@daerragh

weryfikacyjnie poprosze w wiadomosci prywatnej jakies zdj twojego dowodu czy cokolwiek co potwierdzi twoją tozszamosc i to ze to co piszesz nie jest fejkkiem albo jakas pastą przeklejaną czy czymkolwiek innym.

 

prosba ze wzgl na to ze pojawia sie duzo nazwisk i dosc wrazliwa historia.

pamietaj by wyslac w wiadomosci prywatnej a nie tutaj

 

( @Mar_s )

Opublikowano (edytowane)

Do weryfikacji - co robiłeś w manii, jeśli to dwubiegunowe i czemu nikt nie stwierdził nawet po sugestii? Może to jednak psychoza.

Z zębami to samo - brak wiedzy. Nie każdemu wyrastają. Niektórym nawet zostają rosnące bokiem.

Co do nijakości odczuwania co to jest zachód słońca - może być efekt depresji/apatii/anhedonii. 

 

Co do rozrożniania kotek od kotów - masa ludzi ma problem.

Dowód na leczenie na schizofrenię jako dziecko - realnie tylko 1% ludzi przed 15 rokiem życia ma taką postać. Objawy też często pasują do wycofania, lęku, obsesji, urojeń, czy braku odczuwania przyjemności https://www.medicover.pl/choroby/schizofrenia/dzieci/

 

Umiejętnosć pisania nie wyklucza diagnozy.

 

Myślenie "wszyscy chcą się na mnie uwziąć" występuje jako paranoidalne. Oczywiście wiem że psychiatria ma złą renomę więc daję temu jakieś szanse.

Ale czasem nie ma co szukać problemu na siłę akurat nie w tym czym jest.

Edytowane przez Keller
Opublikowano

Tak jak powyzej - uzytkownik zostal zweryfikowany, wiec jego dane sie zgadzają.

Przestrzegam tylko przed tym, by uwazac co sie publikuje w internecie i w razie potrzeby zakrywać dane osobowe/inne dane wrazliwe.

dane ze zdjecia zostaly czesciowo zakryte w trosce o dobro. miej na uwadze by zamazywac niektore z danych.

Opublikowano (edytowane)
13 minut temu, Keller napisał(a):

Do weryfikacji - co robiłeś w manii, jeśli to dwubiegunowe i czemu nikt nie stwierdził nawet po sugestii? Może to jednak psychoza.

Z zębami to samo - brak wiedzy. Nie każdemu wyrastają. Niektórym nawet zostają rosnące bokiem.

Co do nijakości odczuwania co to jest zachód słońca - może być efekt depresji/apatii/anhedonii. 

 

Co do rozrożniania kotek od kotów - masa ludzi ma problem.

Dowód na leczenie na schizofrenię jako dziecko - realnie tylko 1% ludzi przed 15 rokiem życia ma taką postać.

Więc czasem nie ma co szukać problemu na siłę akurat nie w tym czym jest.

1. W manii bylem raczej taki po prostu okreslilbym to glupiutki, ale bez schiz, wymyslania niestworzonych rzeczy czy czegos takiego. ALE nie mialem manii przed pierwszym pobytem w szpitalu - tam mnie otruto, co "obudzilo" moja dwubiegunowosc.

2. W autyzmie tez rozne rzeczy sa nijakie, nie tylko w depresji/apatii/anhedonii. Depresje tez mam po tylu latach przymusowego brania psychotropow.

Edytowane przez daerragh
Opublikowano

Mówię tylko, że są nieścisłości lub coś co pasuje do różnych kwestii.

Ja bym uderzał do tvn uwaga. Tylko oni będą to weryfikować. Żeby się nie okazało, że faktycznie sporo rzeczy z tego to urojenia/przekręcone sprawy.

Opublikowano (edytowane)

@Keller Zapewniam cie, ze osoba majaca schizofrenie mialaby problem to przeczytac, a co dopiero napisac. Spotkalem w psychiatryku rozne takie chore osoby. Jesli mialbym schizofrenie, a tym samym urojenia, gwarantuje ci, ze nie dalbym rady napisac tak dlugiego, logicznego i spojnego tekstu.

Edytowane przez daerragh
Opublikowano

Osoby z tego typu zaburzeniami mają gorsze i lepsze dni mam taką osobę w rodzinie. Dlatego klepnięcie tego typu postu niczego nie dowodzi.

Często takim osobą wydaje się, że nic im nie jest i wszyscy są przeciwko nim ;)

Opublikowano (edytowane)
14 minut temu, sideband napisał(a):

Osoby z tego typu zaburzeniami mają gorsze i lepsze dni mam taką osobę w rodzinie. Dlatego klepnięcie tego typu postu niczego nie dowodzi.

Często takim osobą wydaje się, że nic im nie jest i wszyscy są przeciwko nim ;)

Widziałem na ODP swego czasu. I ten post ładnie to oddaje.

 

Do tego, osoba ze schizofrenią może pisać długie teksty. Widziałem na wspomnianym ODP, wykapany humanista, kartka A4 do zapisania wierszami, opowiadaniami to był standard. I były to teksty poprawne pod każdym względem i myślę, że nawet do publicznej publikacji mogły się niektóre nadawać, były na tyle dobre.

 

Ludzie są różni. Osoby z chorobami, zaburzeniami również, poszczególne przypadki mogą się nieco różnić. Idealnym przykładem jest ASD, nie ma dwóch identycznych przypadków osób w spektrum, dlatego też do dzisiaj naukowcy nie są wstanie wyodrębnić dokładnie, które geny za to odpowiadają.

Edytowane przez Pawelek6
Opublikowano
55 minut temu, daerragh napisał(a):

@Keller Zapewniam cie, ze osoba majaca schizofrenie mialaby problem to przeczytac, a co dopiero napisac. Spotkalem w psychiatryku rozne takie chore osoby. Jesli mialbym schizofrenie, a tym samym urojenia, gwarantuje ci, ze nie dalbym rady napisac tak dlugiego, logicznego i spojnego tekstu.

czy uważasz że schizofrenik to tylko taki gdzie nie ma z nim nigdy kontaktu? wystarczy wywiady posłuchać 

 

Opublikowano (edytowane)

@TDK Nie wysyłałem. Nie mam na prawnika, żeby mi coś doradził co z tym wszystkim zrobić. I nie wiem czemu nie skontaktowal sie ze mna jeszcze prawnik z urzedu z tej rozprawy, ktora bede mial 26.05. Przeciez to za 10 dni, a ja jeszcze nie rozmawialem z prawnikiem z urzedu, to jak on zamierza mnie bronic?

Edytowane przez daerragh
Opublikowano
18 godzin temu, daerragh napisał(a):

A teraz co robiono ze mną? Za każdym razem po wejściu na oddział dostawałem lek Clopixol (zawsze), po którym po prostu przez cały pobyt (nawet aż 7 miesięcy) okropnie się czułem i działy się ze mną inne dziwne, trudne do opisania i bolesne psychicznie rzeczy. Od innych pacjentów dowiedziałem się, że jest coś takiego jak "dobry" Clopixol (czyli psychotrop) i "zły" Clopixol (czyli jakaś trucizna mająca wywołać ból psychiczny), i ja dostaję ten zły, żeby po nim po prostu cierpieć. Wiedzą, bo niektórzy z nich też go kiedyś dostawali.

Tutaj już coś mi nie pasuje, to znaczy jak to rozumiem tak, że jest tylko lek Clopixol, który na jednego działa ok,. a na innego źle działa. To że jest jakaś trucizna i tą trucizną faszerują, to już podchodzi pod bajeczkę//urojenia tych pacjentów, którzy Ci to mówili.

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś/zobaczyłeś od lekarza diagnozę schizofrenii? Pytam się, bo jest bardzo dziwne, że już w 5. roku życia byłeś na to leczony. Schizofrenia zwykle daje objawy w liceum albo dopiero w dorosłym życiu (najczęściej).

Opublikowano (edytowane)

Sorry - mogę się mylić, ale jak dla mnie masz schizofrenię. Pisanie z sensem absolutnie temu nie przeczy. Przypadek np. z filmu "Piękny umysł". Znałem bardzo dobrze osobę dotkniętą tą chorobą. Do końca swojego życia twierdziła, że jest całkowicie zdrowa, a rodzina i lekarze stawali na głowie, żeby udawać, że silne leki jakie bierze to witaminy. Nawet opakowania się fałszowało. W wyniku choroby uważała, że jest ogólnoświatowy spisek gdzie każdy człowiek jest "sterowany". Nie wolno jej było nawet sugerować, że jest chora. W każdym innym obszarze życia funkcjonowała normalnie na 100%.  Tak więc po przeczytaniu tego przypomniało mi się wszystko co ona pisała. A pisała w podobnym tonie. Intuicja mi tu podpowiada, że to schizofrenia. Ale ostatecznie zadecyduje sąd i biegli lekarze.

 

Z uwagi na bardzo wrażliwe dane i temat obarczony wieloma ryzykami prawnymi uważam, że powinien zostać zamknięty. Także z powodów etycznych. Ale to moje zdanie. Decyzja należy do administracji. To był tu mój jednorazowy wpis.

Edytowane przez hubio
Opublikowano (edytowane)

Miałem wczoraj napisać z grubsza to samo: cała ta historia to może być właśnie objaw schizofrenii. :/ 


Ciekawe i trochę przerażające/nieprzyjemne doświadczenie: postawić się na miejscu lekarza/terapeuty, który słucha takich, nierzadko równie dramatycznych relacji i musi ogarnąć, że to tylko urojenia pacjenta - bo zakładam, że prawdziwa schizofrenia to nie są tylko i wyłącznie już na pierwszy rzut oka zmyślone, nieprawdopodobne historie o światowych spiskach, prześladowcach, zmowach obejmujących wszystkich dookoła itp.

 

Oczywiście, zdarzają się też potworne historie w rodzinach, no ale... patrz wyżej, w sumie dziwię się, że temat nie został zamknięty.

Edytowane przez Zas
Opublikowano (edytowane)

@Zas @hubio Odpowiem wam na to tak: jezeli cos zachowuje sie jak bocian, lata jak bocian i wyglada jak bocian, to jest bocianem. Jezeli ja przedstawiam moja historie w sposob logiczny, zrozumialy i spojny, z przyzwoita stylistyka i bez bledow gramatycznych (tekst pisany w notatniku bez sprawdzania pisowni i bez GPT), to nie jestem wariatem (oprocz tego, ze mam glownie autyzm).

 

Poza tym, mam tutaj 239 postow i jestem tu od zamkniecia PCLaba (na PCL mialem ok. 2k postow). Mozna sobie przeciez przejrzec moje posty - moze nie sa jakies madre, eksperckie, ale na pewno nie sa wariackie.

Edytowane przez daerragh

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...